Oczywiście nie ja jestem trenerem i nie o moją ławkę chodzi. „ Z ławki trenera” Kazimierza Górskiego – tę ławkę i tego trenera mam na myśli. Kiedy niemal 10 lat temu w trakcie wakacji znalazłam na regale u mojego dziadzia właśnie tę książkę - musiałam ją przeczytać. Tamto lato upływało mi właśnie pod znakiem piłki nożnej. W podrzeszowskiej wiosce właściwie niewiele było do roboty na wakacjach, dlatego mój brat nie protestował kiedy biegałam z nim po boisku (lub tym co traktowaliśmy jak boisko).
Oczywiście wówczas nie planowałam “kariery”
w Księgarni Kibica Sendsport i tego, że książki sportowe będą stanowić ważną część mojego zawodowego życia. „Z ławki trenera” było pierwszą książką sportową jaką przeczytałam. Zrobiła na mnie takie wrażenie, którego nie zapomniałam do dziś. Kiedy więc w przepastnych półkach naszego antykwariatu odnalazłam książkę Kazimierza Górskiego cała magia wróciła. Wśród zalewu „prawdziwych historii” pseudogwiazd futbolu czy biografii pisanych przez piłkarzy w wieku dwudziestukilku lat ta książka to jedyna w swoim rodzaju wartość, którą warto przypominać. Wyłania się z niej obraz człowieka niezwykle skromnego i pracowitego, który zapomina o drobnym fakcie, że uszczęśliwił i nadal uszczęśliwia pokolenia polskich kibiców piłki nożnej. Największe zasługi przypisuje zawodnikom, a nie sobie, co daje odczuć na każdej stronie. Przyznaje, że przecież był tylko jednym z kandydatów na stanowisko selekcjonera reprezentacji, że przecież byli inni. Jego etyka zawodowa, brak zadęcia i poświęcenie dla pracy są wprost niewiarygodne z dzisiejszej perspektywy.
Historia napisana przez Górskiego to opis czterech lat od momentu kiedy objął stanowisko trenera w 1970 roku. Sukcesów jakie wówczas wypracował chyba nikomu nie trzeba przypominać. Większych nie mieliśmy, tamtym nie dorównaliśmy, więc ciągle wracamy do tych, których ojcem jest Kazimierz Górski. „Z ławki trenera” to jednak także historia o ludziach, ich emocjach, ich walce, momentach szczęścia i załamania.
To opis futbolu. Takiego w starym dobrym stylu. Kiedy faktycznie gra polegała na tym, że „piłka jest okrągła, a bramki są dwie” – i tylko to się liczyło.
Ania


